Odwiedziło mnie
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin


Archiwum
2009
grudzień (17)

2010
styczeń (13)
luty (11)
marzec (17)
kwiecień (9)
maj (20)
czerwiec (8)
lipiec (6)
sierpien (2)
wrzesień (3)
październik (6)
listopad (6)
grudzień (9)

2011
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (2)
lipiec (1)
sierpien (14)
wrzesień (24)
październik (17)
listopad (14)
grudzień (6)

2012
styczeń (6)
luty (6)
marzec (5)
kwiecień (2)



O mnie
Niecodzienna, inna, czasem melancholijna i nie do wytrzymania. Ale taka już jestem i nie zamierzam się zmieniać. Robię to, co chcę, a nie to, co inni sugerują... Mam swój świat i dobrze mi z tym...;)

Linki


eBlog.pl



Design & grafika by en-songe
e-mail




Życie motyla

wtorek, 24.kwietnia.2012, 23:14

Cisza. Przerywana od czasu do czasu przez niespokojny podmuch wiatru za oknem. Szumiące liście wyrywają nieruchomą postać z zadumy. Znowu? Tak, znowu. Znowu udało jej się przenieść do równoległego świata. I pomyśleć, że ludzie tak gorliwie zapewniają, że istnienie takowych światów jest chorobą. Ciekawe zjawisko, zwłaszcza, że każdy ma taki swój świat, tak, jak każdy żółw ma skorupkę- coś mu się nie spodoba i hyc! Już go nie ma. Zabawne, jak bardzo ludzie boją się przyznać przed sobą do pewnych rzeczy. Kolejny podmuch wiatru wytrącił postać z równowagi. Znowu. Wstała, aby zamknąć żaluzje i w jakiś sposób wyciszyć odgłosy świata, chociaż na chwilę. Pojrzała na swoje odbicie w niezbyt czystej szybie. Spoglądała na nią szczupła brunetka o zmęczonych oczach i bladym uśmiechu. Wykrzywiła usta w ironiczny grymas i zdecydowanym ruchem spuściła roletę. Mówią, znajdź samego siebie, reszta pójdzie z górki. Ha, prześmieszne. Nie problem jest odnaleźć siebie, problemem jest umiejscowić się wśród tłumu zalewającego ulice każdego dnia. A ona nie potrafiła. Albo potrafiła, a bała się? Każdy z nas jest swoim własnym wszystkowiedzącym narratorem. Tylko my, nikt inny. A ona wypadła z opowieści. Jak można być narratorem, jeśli nawet nie ma czego opowiadać? Kiedy? Gdzie? Sama nie wiedziała. Zagubiona pośród niewyjaśnionych i niedokończonych spraw starała się żyć. Tak po prostu. Żyć. Czy to za dużo lub za mało, nie jej było to oceniać. Ale dobrze wiedziała, że musi odbyć podróż do wnętrza samej siebie, musi zrozumieć, dlaczego.


Zawsze, kiedy pojawiały się problemy, na pewien czas zamykała się w sobie. Nie dlatego, że bała się procesu odnajdywania rozwiązania. Każdy problem odbierała zbyt personalnie, zawsze pojawiało się pytanie ‘Co znowu zrobiłam źle?’. Teraz… Teraz jest inna. Nie zmieniło jej życie, ani wydarzenia, zmieniła się sama z siebie. Dlaczego? Trudne pytanie, znów się zamyśliła. Zmieniła się, aby udowodnić wszystkim, że potrafi, że da sobie radę i nie boi się wyzwań rzucanych przez los. Uśmiechnęła się do siebie. Zawsze twierdziła, że ludzie zmieniają się na gorsze i przeważnie nie z własnej woli. Sama przekonała się, że to nieprawda. Dziś może śmiało powiedzieć, jest bardziej wytrzymała, pokorna i szczęśliwa. Tak, szczęśliwa.


Filozofia nie opiera się na analizie każdego wydarzenia i poszukiwania odpowiedzi. Zauważyła, że bardziej liczy się zwykła radość z życia i akceptowanie tego, co ma nastąpić. Nie planowała nic od bardzo długiego czasu. I przestała zadawać sobie pytanie ‘co znowu jest nie tak?’. O ile łatwiej jest radzić sobie z codziennością z uśmiechem na twarzy. Zwłaszcza, że odzyskała własne marzenia i przyszłość. Spojrzała na motyle, które sama przykleiła do ściany. Człowiek jest jak motyl. Przez większość czasu jest gąsienicą, przeżywa wzloty i upadki, nie jest mu łatwo, ciągle napotyka na trudności. W końcu zdaje sobie sprawę, że czas nie tyle dorosnąć, co zdać sobie sprawę, jak przeżyć najlepiej swoje życie. Nie, nie przeżyć, żyć! Wtedy zamyka się w kokonie zmian, podejścia do życia, akceptacji i pokory. I, kiedy człowiek jest gotowy, kokon otwiera się i pojawia się motyl, niesamowicie piękne i zdumiewające stworzenie. Wielu ludzi chce, lub twierdzi, że już wyszli z kokonu i żyją jak motyle. Ale większość ludzi nie wie, że motyle żyją tylko jeden dzień. To motyle życie w ostatnim stadium jest nagrodą za ten cały trud włożony w przeżycie, w końcu wiele gąsienic nie chowa się do kokonu. Warto wziąć pod uwagę ten fakt mówiąc, w jakim stadium się aktualnie jest. Tak, schowała się do kokonu, ogląda świat przez cieniutkie membrany i zmienia się. Zamknęła oczy, z błogością dając porwać się przepełniającym ją emocjom. Każda sekunda jest cudem, kiedy zaczniemy doceniać każdą chwilę, niezależnie, dobrą czy złą, sami dostrzeżemy, jak nasze własne piękno zaczyna się ujawniać. Poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele, energetyzujące pozytywną energią. Tak. Wszystko było w porządku. Nareszcie.



:)
Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Kto by pomyślał… Rok temu, jakby ktoś mi powiedział, że z własnej, nieprzymuszone woli odwiedzę stadion, to bym taką osobę wyśmiała… A jednak, nie dość, że poszłam na stadion, nie dość, że na mecz, nie dość, że znałam przyśpiewki i śpiewałam, skakałam i klaskałam z innymi, to jeszcze wygraliśmy! Niesamowite, jak moje życie się zmienia. Jak patrzę na nie z perspektywy czasu, to muszę przyznać, jestem co najmniej zdziwiona i zaskoczona. A jednocześnie szczęśliwa. Przewija mi się niezliczona ilość ludzi , do tego jakoś tak… Mam wrażenie, że przynależę, znowu. Bardzo miłe uczucie :) I muszę powiedzieć, wcale nie jest źle iść z szalikiem przez pół miasta i obwieszczać ludziom w samochodach, że wygraliśmy 3:1…:D


Zaczęłam biegać. Tak. Ja. Biegać. Najchętniej bym to przeliterowała, może dotrze do mnie prawdziwość tych słów… Mój organizm czuje się zdrowy i nawet noga mnie nie boli. Został mi jeszcze niecały miesiąc leków, z każdym dniem czuję się silniejsza. Mój lekarz cieszy się razem ze mną, ostatnio odtańczył ze mną taniec radości…:D


Przepraszam, jakoś tak nieskładnie piszę…:D Jestem tak napchana radością i endorfinami, musiałam się tym z kimś podzielić…:) Mogłabym z moja współlokatorką, ale ta mnie obecnie wprawiła w co najmniej wielkie zdziwienie- jest po północy a ona postanowiła pozamiatać… Nie powiem, robi postępy od października…:D Na dziś tylko tyle… Musiałam się pochwalić tym meczem :D Będę miałą co opowiadać w przyszłości moim dzieciom…:D

murawa :)

Ania na meczu :D

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Annie, are you ok?

czwartek, 29.marca.2012, 00:46

Hmm… Ostatnio wiele ludzi zadaje mi to pytanie… I tak, jak najpierw odpowiadałam jak w piosence Jacksona, zwyczajne „I don’t know”, tak teraz zaczyna mnie to irytować… Naprawdę jest ok. i naprawdę nic mi nie jest… Ktoś napisał tutaj ostatnio, że co niektórzy zabierają farby, które wcześniej dali… No cóż… Nie mogę się (znowu) do końca zgodzić.. Nikt nigdy tych farb nie zabierze, ewentualnie może ukryć pędzel… Jeśli ktoś podaruje Ci farbę, to ona jest za zawsze Twoja, jedyną rzeczą, której może zabraknąć, jest pędzel…:) No i Ty sam/sama… Kiedy cos dzieje się nie tak, ludzie automatycznie myślą w kategoriach czarno-białych… A szkoda, bo sami te kolory ze swojego świata zmazują… Mam moje farby, zabrano mi pędzel…:D Rozstaliśmy się z Jackiem… Ale powiem Wam, facet ma jaja, miał an tyle odwagi, żeby się ze mną spotkać i na spokojnie porozmawiać… A ja ani nie krzyczałam, ani nie płakałam… Tylko na spokojnie… Porozmawialiśmy i oboje zdaliśmy sobie sprawę, że idziemy w dwie różne strony i bez sensu byłoby się zmieniać tylko dlatego, żeby się podpasować pod kogoś… Jak moja mama się dowiedziała (tak, jak później Weronika)… Obie wpadły w panikę :D A ja… kurczę, ja się uśmiecham, z Jackiem dalej normalnie rozmawiam i cieszę się, że to się tak skończyło… Było fajnie, ale nie tak fajnie, żeby to kontynuować… I to nie powód, żeby położyć się i odmówić życia dalej… Porównując moje zachowanie teraz z tym zachowaniem z sierpnia, to jestem zdziwiona…:D Ogromny kontrast… Ale to chyba dobrze, jestem spokojna :)


Zaniedbuję ostatnio to miejsce… Znowu….. Wstyd mi, naprawdę… Teraz zaczynają się koła i moja przyspieszona sesja, ale to żadna wymówka… W końcu piszę tutaj dla siebie i to mi ma ta cała gadanina jakkolwiek pomóc… Pomimo, że tego przeważnie nikt nie czyta, ale jest mi wstyd przed sobą… Nie tylko dlatego, że tak rzadko piszę, ale też dlatego, że… Nie to raczej nie wstyd… To raczej strach przed wypowiedzeniem niektórych rzeczy głośno. Bo czasem, póki się czegoś głośno nie powie, to człowiek praktycznie nie zdaje sobie z tego sprawy… A potem… kiedy powie się coś głośno… To jednak słowo ma ogromną moc… I stąd taka moja mała myśl na dzisiaj… Warto uważać na to, co się mówi, nie ze względu na to, że ktoś to wykorzysta przeciwko nam (to też, ale nie w tym rzecz dzisiaj), ale dlatego, że tym, co mówimy, możemy  zrobić krzywdę sobie albo komuś… Wprawdzie uważam, że lepiej żyć świadomym, niż w jakiś utopijnych marzeniach… Jednakże lepsza drogą jest samemu tę świadomość odkrywać, czasem takie brutalne otrzeźwienia powodują dosyć głębokie urazy, podejrzewam, że stąd też biorą się ludzie, którzy nie radzą sobie z codziennością… Chociaż, mogę się mylić…:D


Take care people! ;) I nie bójcie się pisać, ja chętnie pokonwersuję :D

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

sprostowanie i farby

wtorek, 20.marca.2012, 22:52

Kurczę, męczy mnie ten jeden komentarz…:D Matko kochana, dwa zdania, a ja tu prawie wyskakuję z siebie ;D Nie dość, że nie wiem, cóż to za osoba, bo mi się po kliknięciu włącza wyszukiwarka Google, to jeszcze ten komentarz jest taki… troszku nie pasujący… Także piszę sprostowanie :D Moje marzenia i tęsknoty zdecydowanie nie tycza się poprzedniego tematu… To jest po prostu coś co… Mnie męczy… Może dlatego, że jestem gotowa powiedzieć ‘wybaczyłam, życzę Ci szczęścia’? A może dlatego, że jestem znowu szczęśliwa i się uśmiecham? Albo po prostu dlatego, że ja najzwyczajniej w świecie nie lubię nierozwiązanych spraw… A to jest bardziej niż nierozwiązana sprawa… Chciałabym go spotkać, aby mu to wszystko powiedzieć… Ale nie zamierzam o to zabiegać, będzie, co ma być, Mozę któregoś dnia sam się do mnie odezwie, who knows…:D Co do reszty… więcej nic nie sklecę, mam tak załatwiony układ odpornościowy, że znowu jestem chora… Ale już mało zostało… jeszcze dwa miesiące… Dwa… Warto się przemęczyć…;) I tym razem, nie dla mnie, chociaż to moje życie jest na szali… Nie, nie dla mnie… Dla moich bliskich, którzy dalej nic nie wiedzą… I dla Jacka… On sprawia, że to życie nabrało sensu, dał mi te przysłowiowe farby i teraz sama maluję swój świat… Widzicie, nie sztuką jest pomalować świat za kogoś… To nie o to chodzi… Sztuką jest dawać mu farby i pozwalać mu się rozwijać i malować jego świat samemu…:) Potrzebuję jego i jego farb…

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Sen :D

sobota, 17.marca.2012, 11:46

Jest sobota, godzina, jak na mnie, bardzo wczesna, a ja siedzę przed komputerem w zadumie i melancholii. Jakiś tydzień temu w szafie wpadła mi w ręce koszulka M., zupełnie o niej zapomniałam, ale teraz, od tygodnia przyciąga mój wzrok na tyle, że zaczynam mieć jej dosyć… No i dzisiaj przyśniło mi się rozwiązanie, stąd taka szybka pobudka…:D Śniło mi się, że napisałam do jego siostry wiadomość, co zrobić z tą koszulką, tak, czy siak muszę się wybrać do Grodziska, wiec podrzucenie kawałka odzieży problemu stanowić nie będzie… I w momencie, jak przeczytałam odpowiedź, że nie ma problemu, tylko mam znać o której, to się obudziłam… I pierwsze, co zrobiłam, to napisałam dokładnie taką samą wiadomość jak ze snu do jego siostry… Wiem, jestem szurnięta…:D Ale ja tej koszulki nie chcę, a nie mam co z nią zrobić, wyrzucenie jest marnotrawstwem, pojemniki na odzież też jakoś nie zdobyły mojego zaufania, a to mi się wydaje sensowne…:D Sama bym w sumie do niego napisała, ale mój mózg jest na tyle uprzejmy, że zapomniał jego wszystkie numery…:D


Zrobiła się piękna pogoda, słońce wysyła nową dawkę endorfin, jakoś zupełnie inaczej świat wygląda…:D Jak dzisiaj mi się uda, zawiozę moje kochane buty do szewca i od poniedziałku znowu będę mogła być królową obuwia…:D Tak, dalej mam bzika na tym punkcie, z tym, że różnica teraz jest taka, że ja te piękne buty mam (w przeciwieństwie do półek sklepów obuwniczych)…:D Sam fakt, że mogę iść w rozpiętym letnim płaszczu sprawia, że ani nie umiem się denerwować, ani smucić…:)


Moja małą walka na uczelni zakończyła się moim zwycięstwem, będę mogła pisać wszystkie egzaminy w maju…:D Euro zbliża się wielkimi krokami, poznaję coraz to nowych ludzi, jednych lubię mniej, innych więcej… Chociaż najbardziej w tym wszystkim ostatnio ucieszyło mnie, że Jacek zrobił się lekko zazdrosny o moich nowych kolegów…:D No cóż, mi to tam pochlebia :D No i cóż, wiosna oznacza tylko jedno, jeśli chodzi o Jacka – „Love is In the air” ;)

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Breaking point

wtorek, 13.marca.2012, 20:44

Wiem, wiem, jestem straszna…:D Możecie spokojnie nazwać mnie jędzą, nie obrażę się, zwłaszcza, że obiecałam pisać często…:D Cóż, ten blog stał się dla mnie teraz ostoją radości, a nie melancholii, więc chciałam poczekać aż stanie się coś naprawdę, naprawdę fajnego…:D No i… Oto jestem ;)


Mieliśmy z Jackiem pierwszą kłótnię… Może dla Was to głupie, nazwijcie mnie wariatkę, ale twardo będę obstawiać, że w związku potrzebne są wzloty i upadki, potrzeba trochę podniesionego głosu i tej dzikiej bojaźni, aby kogoś nie stracić… I tak, cieszę się, że się kłóciliśmy… Bo to uświadomiło mi, jak bardzo mi na nim zależy i, że ten związek nie jest już tylko jakimś tam zwykłym ‘czymś’… Uświadomiłam sobie, że to też nie jest zwykłe zakochanie z mojej strony… I nie, nie powiem tych dwóch słów głośno, bo on jeszcze ich ode mnie nie usłyszał i na razie nie usłyszy… Z bardzo prostego względu, tym razem poczekam, aż to facet pierwszy powie, że kocha… Pogodziliśmy się, spędziliśmy trzy godziny w Aquaparku goniąc się jak dzieci i wyzywając od niedojrzałych…:D Jestem taka… Niebotycznie szczęśliwa…:D Mogłabym dzielić się tym uczuciem z dosłownie każdym…:D


Moja mała wycieczka do Grodziska nie doszła do skutku z powodu mojego zmęczenia. Przespałam prawie całą sobotę, dopadło mnie jakieś przesilenie… Ale, co się odwlecze, to nie uciecze, ten weekend mam wolny i nie zamierzam tego zmarnować… Obiecałam sobie, że tam pojadę i już…:P A jak ja sobie coś postanowię, to powstrzymać mogę sie tylko ja, a w tym wypadku nie zamierzam tego robić, a co…:D


Spotkałam się z moimi kochanymi wolontariuszami z EURO… Damn, ci ludzie SA tak samo zdrowo pokręceni, jak ja…:D
wolontariusze w Corner Pubie ;)
Sporo nas tam było, biedny Corner pub pękał w szwach, ale wspomogliśmy ich kasę o dobrre 400 zł, zresztą, będziemy się tam spotykać do dwa tygodnie, wiec dla nich to wyróżnienie… Nie zdziwiłabym się, gdyby wywiesili sobie transparent przed wejściem ‘tu spotykają się wolontariusze na euro2012’ :D No i poznałąm moje przyszłe współpracownice, bossskie kobitki...;)
kobiety sukcesu :D
Najbliższe spotkanie 23 marca, nie mogę się doczekaaać…:D


Cóż… Najlepsze zostawiłam na koniec…:D Tak, zawsze uważam, że to, co najlepsze, trzeba pozostawić na sam koniec, aby radość rosła z każdą chwilą…:D No więc… Ekhm ekhm…:D:D Drum rolles please…:D Moje najbardziej zwariowane marzenie spełni się 23 marca 2012 roku…:D O 18.30 32 osoby staną w Starym Browarze w Poznaniu na ogromnej szachownicy, a dwie osoby odbędą najbardziej spektakularną grę w szachy…:D Marzyłam o tym odkąd tylko zobaczyłam tą szachownicę, ale nigdy nie zebrało się tylu chętnych…:D A teraz… Mogę spokojnie i z wielkim dziecinnym uśmieszkiem odhaczyć tą pozycję listy… Tylko, że… (tadaaaam….)… Listy już nie ma…:D Tak jest, mili Państwo, moja nowa kombinacja leków zaczęła działać, choroba się cofa… I tak, jak mówiono mi, że nie ma szans i mam jakieś 5-10lat na załatwienie swoich spraw, tak teraz… Powiedziano mi, że za jakieś 2-3 miesiące będę kompletnie zdrowa…:D Biedny doktor, jak mi to powiedział, został wyściskany, przy okazji połowa jego biurka zaznajomiła się z podłogą… Tak się cieszę… To wszystko się kończy, ten cały koszmar… Nie ma nic piękniejszego w tym momencie dla mnie, niż życie..:) Nigdy nie warto wątpić, ani przez chwilę… Zawsze jest nadzieja, zawsze trzeba się jej trzymać, a pewnego dnia… Pewnego dnia przyjdzie taki dzień, kiedy odkryjemy piękno tego świata i nic, nawet te złe rzeczy i przeszłość, nie będą w stanie tego zniszczyć i przyćmić… Tak… Jestem szczęśliwa…:) Buziaczki :*
buziaczki



Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

na mądre decyzje dobra... bezsenność...;)

niedziela, 4.marca.2012, 03:58

Godzina 3.42, a ja wciąż przytomna przed komputerem… Coś mnie martwi i męczy? Owszem… Wczoraj coś do mnie dotarło i uderzyło z taką mocą, że nie mogę się skupić… Byłam w kinie na ‘i że Cię nie opuszczę…’, film niezły, ale po wyjściu siedzisz i myślisz… Film ewidentnie pokazuje, że na pewnym etapie życia trzeba się rozstać z wspomnieniami, zamknąć je i zacząć tworzyć nowe… Siedziałam i myślałam…. I doszłam do wniosku, że jest dobre i złe tworzenie nowych wspomnień… pierwsze jest wtedy, kiedy faktycznie zamknie się te stare i rozpoczyna się całkowicie nowe życie… A drugie… Drugie jest wtedy, kiedy zamiast tworzyć coś nowego próbujemy po prostu zatrzeć te stare rzeczy… Zastąpić je nowymi… A to nie o to w tym wszystkim chodzi…


Kiedyś zastanawiałam się, po czym poznać, że ktoś jest zakochany… I pamiętam, że wtedy powiedziałam, że to jest w oczach, że to ta niezwykła radość… Teraz… Teraz mogę śmiało wyśmiać dawną siebie… Zakochanego nie poznamy po oczach czy uśmiechu… Wczoraj byłam z Jackiem w teatrze… I tak, jak normalnie nigdy nie mówił mi komplementów, tak wczoraj wręcz mnie nimi zasypał… I wieczorem w pokoju tak myślałam… Czy on tego nie robi na siłę… Dzisiaj, kiedy szliśmy na basen i rozmawialiśmy dotarł do mnie, że nie, to nie było na siłę… I wtedy do mnie dotarło do końca… Zakochaną osobę pozna się po tym, że przeskakuje własne mury, aby uszczęśliwić tą drugą osobę i dzięki temu… W jakiś sposób pomaga również sobie…


Ja też przeskoczyłam pewien mur… Wprawdzie dalej na wzmiankę o Grodzisku mam ochotę rzucić kamieniem, ale… Już nie tak bardzo, jak kiedyś… Uświadomiono mi, że tam jest tylko garstka ludzi, którą znam i dlaczego mam mieć takie, a nie inne poglądy o tym mieście bazując na tych kilku, nazwijmy ich na potrzeby rozważań, marginesach… Owszem, tam mieszkają ludzie, którzy wzbudzają we mnie negatywne uczucia, ale wzbudzają je ludzie, a nie miasto… Owszem, jest małe i mieszkać to bym się tam nie zgodziła, ale samo w sobie nie posiada niczego złego i odpychającego… Wszyscy ruszają naprzód, widzę, jak ci, którzy jeszcze niedawno nie rozmawiali ze sobą, zaczynają żyć w zgodzie… I ja też zamierzam to zrobić… W przyszły weekend jadę do Grodziska, zawrzeć pokój z miastem… Z miastem, nie z ludźmi, oj nie… Nie odważyłabym się pojawić w ich życiu, nawet jeśli chciałabym zawierać pokoje i rozejmy… To byłoby zbyt wiele dla obu stron a ja jakoś nie mam ochoty mieszać… Jestem zmęczona i jestem w stanie zrobić wszystko, żeby zapanowała harmonia…:) Jeśli kiedyś spotkam kogoś stamtąd… Nie ma problemu, jestem gotowa wybaczyć, życzyć powodzenia i odejść w zgodzie, z uśmiechem…


Czy ja właśnie… Hmm… Czy to właśnie jest oznaka dorosłości?

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Spójrz lękom prosto w oczy...

niedziela, 26.lutego.2012, 00:40

Przeżywam najdziwniejsze deja vu w moim życiu. A właściwie nie deja vu, tylko takie przedziwne zbiegi okoliczności, które dają mi przedziwne porównania. Jak byłam z M., to co miesiąc była ta sama śpiewka pt. „A jeśli jestem w ciąży?”, chociaż nie było podstaw do obaw… A teraz… Teraz nawet mi to do głowy nie przyszło. Tak, jakby mój organizm nawet wtedy próbował mi powiedzieć, że to wszystko jest nie tak… Tak samo dzisiaj, powiedziałam Jackowi, że w tym roku znowu jadę z mamą i babcią zwiedzać świat, a on, ku mojemu zdziwieniu, otworzył laptopa i zaczął pokazywać mi możliwe połączenia, co warto zobaczyć, gdzie jechać, czy warto wypożyczać samochód… No i chyba najbardziej zadziwiająca rzecz- oglądaliśmy film, jak niesamowicie smutny i poruszający, że masakra, ja od połowy chlipałam Jackowi dyskretnie w rękaw, a pod koniec zrobiła się taka przedziwna cisza, patrzę na niego,  a on też płacze… Stwierdził, że mu się oczy pocą, ale potem chyba zobaczył mój tusz do rzęs powycierany po całej mojej twarzy, bo przytulił mnie mocno i płakaliśmy sobie dalej… Matko, gdzie ja miałam oczy wcześniej?


Śni mi się ostatnio, że jestem piratem, pływam po morzach, uciekam przed jakimiś gubernatorami rodem z Piratów z Karaibów… Sennik twierdzi, że to jakieś wewnętrzne złe przeczucia dają o sobie znać, ale mam się nimi nie przejmować… Mnie osobiście się piraci kojarzą z przygodami, pokazem sprytu i kreatywności, zdecydowanie byciem innym i niekoniecznie podporządkowującym się pod istniejące reguły… Oczywiście mam na myśli typowych, bajkowych piratów, wielkie kapelusze, papugi na ramieniu i te sprawy…;)


Zawsze uczono mnie, żeby stawiać czoło swoim lękom. A więc dobra, po tym, jak mnie fryzjerka doprowadziła do porządku, przynajmniej na głowie, przeszłam się na rynek Wielkopolski, jedyne miejsce, gdzie wiem, że mogę go spotkać… Chociaż szczerze? Doskonale zdaję sobie sprawę, że los zetknie nas co najmniej raz i to w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy nie będę na to przygotowana i będę miała dosłownie kilka sekund, żeby ogarnąć sytuację… Anyway- poszłam tam, bo to miejsce jest dla mnie nacechowane złą energią i ewidentnie mi się z nim kojarzy, może dlatego, że po prostu on tam spędza połowę swojego dnia… Będąc na miejscu, to był czas, kiedy albo jechał do pracy albo kiedy zaraz miał ja skończyć, w każdym razie godzina zero, stanęłam na przystanku, pozwoliłam jednemu tramwajowi odjechać, a potem poczułam… Spokój i wolność… I śmiałam się na tym przystanku zupełnie nie przejmując się tym, co o mnie pomyślą, ani już nawet tym, czy go spotkam, czy nie…


Inwentury mnie wykańczają… Fizycznie i psychicznie… Chociaż to drugie zdecydowanie mniej, bo ‘kochanych’ znajomych M. nie widziałam już bardzo dawno… Co nie zmienia faktu, że przestawienie dnia z nocą niesie niestety spore ubytki na zdrowiu. Przede wszystkim osłabienie, niesamowite zmęczenie, zniechęcenie do czegokolwiek i podatność na wszystkie możliwe gówna do złapania.. Wczoraj siedziałam albo przy otwartym oknie, bo mi było tak gorąco, albo pod prysznicem zalewając się wrzątkiem z zimna… Dzisiaj męczę się z migreną, ale mój mężczyzna, chyba nieświadomie, stanął na wysokości zadania, był przy mnie, tak zwyczajnie…


Wiecie co? Zdecydowanie lepiej i lżej pisze się będąc szczęśliwym… Zmęczonym, ale wciąż szczęśliwym… Więc wysyłam Wam cząstkę tego szczęścia, niech Wam dorobi trochę uśmiechu na paszczy…;)

ps. Jak się podoba nowy szablon? ;)

Aligatorek
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: